Och, Karol!
Karol przyjechał czerwcowego poranka 2005 roku w parcianym worku. Obok, w pudle po bananach, siedziała kurka na 9 jajkach.

Na miejscu zakwaterowałam ich w klatce dla królików, ale nazajutrz wypuściłam wolno, bo mi się zrobiło żal.

Karol jest lilipucim kogutem, pięknym i dzielnym, jak tylko koguty potrafią być. Kurka zaś, nazwana zrazu Klarą, jak każda lilipucia mama, z zapałem  wysiadywała swoje jajeczka.

Karol początkowo siadał obok Klary, spał na krzesełku w warsztacie, srywał do pudełeczek ze śrubkami, chodził sobie po podwórku. Dumnie maszerował przed nosem Dinga, wyszedł nawet na szosę, by zakomunikować okolicznym kogutom, kto tu teraz zarządza drogą. Piał jak szalony, by zagłuszyć inne koguty, ale rozejrzawszy się po obejściu uznał, że w charakterze koguta nie ma tu nic pożytecznego do roboty. Wybrał się więc przez dwa pola w poprzek, pokonując wielkie żyto i gęstą pszenicę w poszukiwaniu ciekawszego losu. Dotarł tą drogą na podwórko sąsiadki (tej obok nas) i tam odkrył stadko kurek BEZ koguta. Przywitały go z takim entuzjazmem, że ostał się u nich aż do wieczora.

Musiałam zmobilizować kilka osób ze wsi, by złowić Karola w cudzej obórce i przenieść na macierzyste podwórko.

Po 21 dniach spod Klary wypełzło dziewięć przecudnej urody kurczątek. Po dwóch dniach pisklęta wyszły na zewnątrz obórki i rozpoczęły swój pracowity żywot.

Jesienią część kurcząt została oskubana i nadziana pysznym farszem, upieczona i z wielkim smakiem zjedzona.

Reszta została w celu powiększenia stada...

Lilipucie mamy nie są tak troskliwe jak koguty. Nasze przynajmniej opiekowały się pisklętami o niebo odpowiedzialniej. Gdy padał deszcz, maleństwa chroniły się skrzydła tatusiów. Chłodne noce spędzały także pod bokiem  kogutów.

 

strona główna poprzednia strona