| Kotów było wiele. Ładne i
brzydkie. Duże i małe. Łowne i leniwe. Z osobowością lub bez. Łączy je jedno:
wcześniej czy później przepadają bez śladu. Przepraszam, po kilku ślad został.
Na asfalcie.
Te pierwsze uratowały nas od śmierci, jaką los wcześniej zgotował Popielowi. Gdyby nie koty, myszy zajęłyby nasze miejsce już pierwszej jesieni. Były wszędzie i zjadały co się da. Uważały nas za intruzów i robiły wszystko, by się nas pozbyć.
Kocimi protoplastami byli Tekla i Pierdek, planowani do utopienia. Od razu się u nas zadomowiły, choć były maleńkie i nieporadne. Jeździły z nami do Krakowa i wszędzie czuły się dobrze. Potrafiły spacerować po lesie, parku i ulicach. Niczego się nie bały i cieszyły życiem jak my. Teklunia najwcześniej jak się dało zaszła w ciążę i tak wszystko urządziła, by zaczekać z porodem do naszego przyjazdu na wieś. Kiedy tylko się pojawiliśmy, wbiegła do domu, kucnęła i powiła maleństwo, piegowatą Nastusię (widać ponieżej). Nastusia sikała byle gdzie, spała Lucjanowi na głowie, a w nocy wyrywała mu włosy z brody. Mimo to lubiliśmy ją bardzo.
Najdramatyczniejsze były losy Bonda. Latem 2006 roku byłam w Danii. Kiedy wróciłam, na werandzie zastałam małe kociątko, niezwykle dzielne i niezwykle też przywiązane do Lucjana. Okazało się, że Nastusia powiła na strychu maleństwa, ale kiedy jeszcze były prawie ślepe, kotka zginęła. Pewnego dnia sąsiadki usłyszały dramatyczne miauczenie. Okazało się, że głodne kociątka wyszły jakąś szparką na dach i rozpaczliwie domagały się pomocy.
Były dwa. Lucjan próbował nauczyć je jeść, ale to słabsze i mniej zaradne zdechło. Drugie - dzielne i przedsiębiorcze - nauczyło się ssać palec, po jakim spływało kozie mleko. W ten sposób przetrwało, ale za mamę uważało Lucjana. Kocurek rósł szybko, wnet stał się dorodnym kocurem, nazwanym Bondem. I choć był wielkim i zaradnym stworzeniem, nieustannie ssał Lucjanowy palec. A kiedy nie było Lucjana w pobliżu, ssał własną łapkę.
Pewnego dnia znaleźliśmy go na drodze, rozjechanego przez pędzące auto sąsiada. Było nam bardzo, bardzo smutno. Bond zapisał się w naszej pamięci jako kot wyjątkowy. |
Potem kotów było coraz więcej. Przywoziłam je z Krakowa i okolicznych wsi, niektóre przynosili sąsiedzi i znajomi. Ale wcześniej czy później każdy z nich znikał.
Koty nasze były rozmaitej maści - łaciate, bure, czarne, popielate. Z czasem nie nadawaliśmy im imion wychodząc z założenia, że i tak znikną.
Jest też koteczka, płodna i łowna, nieco dzika, samodzielna i niezależna. Teraz mamy trzy koty, bardzo podobne do siebie: buraski. Jeden z nich najprawdopodobniej nie zaginie, gdyż jest inwalidą - ma nierozwiniętą tylną łapkę, przez co chodzi z trudem, więc też nie wybiera się zbyt daleko. Zimę spędza na kanapie w salonie, zaś lato na rabatach i w warzywniku. Jakimś cudem udaje mu się tam czasem upolować całkiem dorodną mysz.
Ale ulubieńcem wszystkich jest Palikot, który przyjechał do nas aż z Lubnia. Łowny, sprytny, zawadiaka, leń i pieszczoch.
To Obama. Jeden z kilku czarnych, które wylęgły się na strychu. Nagle się okazało, że mamy kotów osiem! |
| strona główna | poprzednia strona |