| Mama siedziała w hospicjum. Miała smutny głos. Przebrałam się i natychmiast pojechałam tam, choć planowałam ten wyjazd na następny dzień. Była bardzo pogodna środa, 23 dzień czerwca 2004 roku. Od rana zajęta byłam pracami w ogrodzie. Około południa zadzwoniłam do mamy. W jej głosie wyczułam dziwny niepokój. Jakby namawiała mnie do przyjazdu, choć nie wypowiedziała ani słowa na ten temat. |
![]() lata czterdzieste |
| Droga spod domu do hospicjum zajmowała mi godzinę. Tego dnia zdawało mi się, że podróż trwała minuty. Z pewnym trudem - bo noga po operacji wciąż nie była sprawna - wygramoliłam się z auta i najszybciej jak mogłam stanęłam obok taty łóżka. |
![]() lata pięćdziesiąte |
| Siedział. Ogolony na łyso i jeszcze mniejszy, niż był wczoraj, jadł z apetytem makaron z truskawkami. Przywitał mnie nadzwyczaj radośnie: - Ooo! Dzidzia przyjechała! - zawołał, ale zdziwiło mnie to, że używa zdrobnienia mego imienia; dawno tego nie robił, na moją zresztą prośbę. Zapytał, czy przywiozłam ze wsi poziomki. Te dzikie. Długo delektował się ich aromatem i jakby wahał czy zjeść, czy pozostawić na jutro. |
![]() edukacja,1952 rok |
| Porozmawialiśmy chwilę, głównie o samochodzie - co w nim trzeba zrobić koniecznie i gdzie są różne.Potem opowiadałam mu o moim ogrodzie i o tym, co już kwitnie, a co nawet ma owoce. Zasnął. Głębokim, spokojnym snem. Nie obudził się, kiedy wychodziłyśmy. Ostatnio dużo spał, ale starał się nie zasypiać przy nas - wciąż był ciekawy świata i wszelkich nowin. Wciąż także liczył, że zdoła wybrać się do hospicyjnego ogrodu. |
![]() tu będzie Nowa Huta, 1954 rok |
| Ten jego twardy, nagły sen zaniepokoił mnie. Nazajutrz rano postanowiłam pojechać najwcześniej jak się dało, choć zwykle jeździłam koło południa. Tuż po ósmej tato był myty. Od wczoraj nie obudził się. Na stoliku stały nietknięta zupa mleczna i herbata. Pomogłam założyć mu pampersa, a potem namawiałam, by coś zjadł. Bez reakcji. Spał oddychając ciężko ale miarowo. Co chwilę zaglądał do niego ktoś z personelu. | ![]() a tu staną nowe domy... 1954 rok |
| Około dziesiątej obudził go ból. Poruszał się niespokojnie. Przysunęłam swoją twarz do jego tak, by miał mnie na wprost oczu. - To ja. Poznajesz mnie, tatusiu? Pokiwał głową. - Ale kto ja jestem? - wolałam się upewnić. W odpowiedzi bardzo cichutko i niewyraźnie wyszeptał moje imię. A więc poznał mnie. |
![]() sierpień, 1954 rok |
| Poruszał się z pewnym rozdrażnieniem, pojękiwał i wyciągał ręce jakby chciał usiąść. Z pomocą pielęgniarki i wolontariusza posadziliśmy go na chwilę, ale już nie był w stanie utrzymać się w tej pozycji samodzielnie. Z coraz większym niepokojem poruszał nogami i stękał cichutko. |
![]() sierpień, 1964 rok |
| Dostał kolejny zastrzyk znieczulający ból i znów zasnął. Oddychał ustami. Wargi były spieczone, popękane. Miałam już przygotowaną szpatułkę do nawilżania i natłuszczania. Co kilka godzin wlewałam mu też do ust odrobinę letniej herbaty. Przełykał z trudem, ale pił. |
![]() lata sześćdziesiąte |
| Zrozumiałam, że tego dnia nie powinnam już wracać do domu. Wyskoczyłam tylko, by kupić porcję jedzenia, zrobiłam sobie kawę i zaczęłam czytać. W hospicyjnej biblioteczce były przedziwne pozycje - od "Martwych dusz" Dostojewskiego poprzez "Żywoty świętych" na poezji współczesnej skończywszy. |
![]() lata sześćdziesiąte |
| Koło południa chory z sąsiedniego łóżka zapytał: - To on już umrzył? Ile taki umrzyły może tu leżeć? Speszona żona wyjaśniła mu, że pan Zdzisław żyje. Ale pan W. nie był najwyraźniej do tego przekonany. Szczęśliwie jednak zagłębił się znów w swój świat i los mojego taty pozostał mu obojętny, jak wszystko, co toczyło się wokół. |
![]() Łazy, 1965 rok |
| Tato nie obudził się do wieczora. Co kilka godzin ból czynił go niespokojnym. Zwykle po południu opróżniano oba worki - jeden podłączony do nerki, drugi do cewki moczowej. Przez ostatnie dni oba zapełniały się powoli ciemnobrunatną cieczą. Tego dnia jednak oba były przez cały dzień niemal puste. Czysty by także pampers. |
![]() lato, 1966 rok, nad morzem |
| Twarz miał łagodną i ładną. Niemal bez zmarszczek. Skóra była nieco żółta, ale oczy - kiedy otwierał je na moment - pozostawały bystre i śledzące drganie kolorów i przesuwanie się postaci. Było to dla mnie miłe zaskoczenie, bo kiedy umierała sąsiadka, wyglądała jak srogi drapieżny ptak: nos się jej wyostrzył, skóra na twarzy pomarszczyła, oczy były zamglone i z niemal zupełnie żółtymi białkami. |
![]() lato, 1966 rok, nad morzem |
| Moja pooperacyjna noga źle znosiła pozycję siedzącą przez tak długi czas. Nie mogłam też chodzić. I tu jednak personel hospicjum okazał się niezawodny - dostałam specjalny fotel, w jakim mogłam pół siedzieć pół leżeć. |
![]() Kraków,1967 rok |
| Nie czułam zmęczenia. Tylko ból nogi. Zjadłam na kolacjo-obiad kubek kefiru i bułkę z serkiem. Czytałam Dostojewskiego. Co kilka chwil spoglądałam na worki z nadzieją, że się wypełnią, bodaj tą brunatną mazią. Były jednak puste. | ![]() 1970 rok |
| Tato spał. Nie poruszał się i nie zdradzał żadnych potrzeb ani oczekiwań. Koło dwudziestej zdecydowaliśmy, wraz z personelem, że mogę pojechać do domu, bo "tak może być jeszcze kilka dni", a w razie gdyby coś się działo, natychmiast zadzwonią. |
![]() Zakopane, 1977 rok |
| Wróciłam do domu. Poprosiłam mamę, by nie jechała tam już. Długo nie mogłam zasnąć. Bałam się, że nazajutrz zaśpię. Zupełnie jakby miał odjechać jakiś ważny pociąg. O ósmej byłam już u taty. Spał. Tylko co umyty, jak zwykle pachnący świeżością i niemowlęcą oliwką. Worki były puste. |
![]() 1996 rok |
| Na stoliku stało nietknięte śniadanie. . Z trudem wchłaniał zaledwie kilka kropel herbaty lub kompotu. Rytuał kefiru, Dostojewskiego, zastrzyków i indagacji pana W. powtarzał się. |
![]() 1998 rok |
| Miałam jednak swój wygodny fotel i jako jedyna w pokoju (a pacjentów było trzech) wykazywałam zainteresowanie tv. W tym hospicjum w każdej sali jest przestronna łazienka dla chorych, telewizor, a łóżka oddzielają przesuwane żółte zasłonki. |
![]() Kraków, 1999 rok, tato ma 75 lat! |
| Tato budził się - jak poprzedniego dnia - co 3-4 godziny i wyciągał ręce. Za wszelką cenę chciał wstać, lecz nie miał już na to sił. Zapytałam, czy chce usiąść i przytaknął z takim zapałem, że wspólnie z wolontariuszami posadziliśmy go na chwilę, obkładając poduszkami. Udało się też spuścić nogi, o czym wyraźnie marzył. Po chwili jednak ta pozycja bardzo go zmęczyła i chciał się położyć. Z parę minut znów pragnął wstać i tak do czasu, kiedy nie zaczął działać kolejny zastrzyk. |
![]() Kraków, 1999 rok |
| Po południu przyjechała Oksana, żona mego kuzyna. Bardzo mi pomogła. Obie mogłyśmy sadzać tatę tyle razy, ile miał na to ochotę. Oksana jest silna, potrafiła niemal sama dźwignąć tatę do pozycji półsiedzącej. Niewiarygodne bowiem, że człowiek, jaki składa się z kości i skóry, jest tak bardzo ciężki, kiedy jest bezwładny. Znów wróciłyśmy do domu późnym wieczorem, bo cale popołudnie tato spał. Oksanę jednak poznał i wyraźnie się ucieszy jej widokiem. Reagował również na światło. Udało mu się też przełknąć kilka kropel kompotu. |
![]() Lubień, 2000 rok |
| Następnego dnia postanowiłyśmy z mamą załatwić kilka pilnych spraw w banku. Zeszło na to kilka godzin, bo w dobie komputeryzacji banki stały się bardzo powolne. Mama została w domu, a ja wróciłam do hospicjum. Siedziałyśmy z Oksaną do późnego wieczora. |
![]() Lubień, 2000 rok |
| W sobotę rano znów byłyśmy na posterunku. Na moją prośbę nie podawano już tacie posiłków. Worki były puste. Tato oddychał coraz głębiej i ciężej. Co parę chwil oddech zamierał na kilka sekund. Wieczorem w sobotę tato oddychał z coraz dłuższymi przerwami. Ale oddychał. |
![]() Kraków, 2000 rok |
| Wracałyśmy zatłoczonym miastem - były Wianki. W Dębnikach powitały nas kaskady przepięknych sztucznych ogni. Fajerwerki były tego roku wyjątkowo bogate, lecz nas ani trochę nie zachwycały, bowiem nasze myśli krążyły gdzieś indziej. |
![]() Sylwester, 1999/2000 rok |
| W niedzielę siedziałyśmy z Oksaną znów cały dzień. Tato nie wydawał już żadnych odgłosów, jeśli nie liczyć coraz bardziej świszczącego i ciężkiego oddechu. Nadal też co parę godzin wyciągał ręce i chciał za wszelką cenę wydostać się z łóżka. Nie miał jednak siły już nawet unieść głowy. |
![]() Kraków, grudzień 2000 rok, 75. urodziny mamy |
|
Kolejne godziny były bezradną próbą zrozumienia śmierci. Jeśli jest ktoś, kto rozumie ze śmierci cokolwiek więcej, to są to tylko pracownicy hospicjów, szpitali. Oni obcują z takim wymiarem umierania, o jakim zdrowi nie mają pojęcia. To oni są ekspertami. Gdyby było inaczej, pisaliby książki. A tak niosą ulgę. Bo w ostatnich chwilach życia ulga w cierpieniu jest najważniejsza. |
| We wtorek rano, 29 czerwca, personel przygotował mnie, że "to może się zdarzyć lada chwila". Oddech był coraz głośniejszy, nieregularny. Ciało trawiła wysoka gorączka. Postanowiłam uporządkować taty szafkę. Zabrałam tylko przedmioty, jakie od zawsze należały do niego: okulary w niemodnym tekturowym etui, portfelik, legitymacja. Wszystko inne wyrzuciłam, by nie przypominało mi tego miejsca. |
![]() Moczydło, lato, 2003 rok |
|
Zdecydowałam, że jednak pojadę po mamę. Miało mi to zająć niecałą godzinę. Po drodze wstąpiłam do zakładu pogrzebowego. Uświadomiłam sobie bowiem, że nie mam pojęcia o formalnościach związanych z pogrzebem. |
Moczydło, jesień, 2003 rok |
|
W domu ledwie napiłam się herbaty i przygotowałam mamę do wyjazdu, gdy zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałam głos Tadeusza. Akurat zjawił się u taty wtedy, gdy mnie nie było. Tadeusz był mu wyjątkowo oddany i bardzo się obaj lubili. |
![]() Moczydło, październik, 2003 rok, obok Tadeusz |
| Wróciłam do hospicjum natychmiast. Tato leżał już w kaplicy. Jego ciało było wciąż ciepłe i pachnące. Gładziłam go po chudych nogach. Twarz miał łagodną, gładką i ładną. Obwiązano mu głowę i szczękę bandażem i wyglądał jak ktoś, kto zasnął na chwilę, zmęczony bólem zęba. Całowałam go, głaskałam i wtedy po raz pierwszy rozpłakałam się. Jakoś dotąd nie byłam w stanie rozprężyć się na tyle, być dać ujście smutkowi. |
| Ciało stygło powoli. Rysy tężały. Półprzymknięte oczy zdawały się jednak wciąż obserwować ten ceremoniał z lekką ironią. Zjawili się pracownicy zakładu pogrzebowego. Zabrali tatę. Uświadomiłam sobie, że nie zobaczę go już nigdy. Nawet w trumnie. Chciał, by go skremowano. |
![]() październik 2003, ostatnie zdjęcie |